Długi w czasach kryzysu-usprawiedliwienie dla nie płacących zobowiązań

Od mniej więcej czterech lat słowo „kryzys” odmieniane jest przez różne przypadki. Kryzys stał się usprawiedliwieniem dla przedsiębiorców i konsumentów nie płacących swoich zobowiązań w terminie lub wcale.

Kryzys usprawiedliwia pracodawców zwalniających pracowników lub zamrażających ich płace (często bez uzasadnienia z punktu widzenia sytuacji finansowej przedsiębiorstwa), banki zaostrzające kryteria udzielania kredytów i wreszcie rząd, który w trosce o los obywateli zamierza sięgnąć do najgłębszych zakamarków ich kieszeni. Tymczasem kryzysu u nas jeszcze nie ma. Pojawiają się co najwyżej pewne symptomy pogorszenia koniunktury, nastrojów społecznych i co za tym idzie skłonność do racjonalniejszego wydatkowania posiadanych środków. Wydanie każdej złotówki poprzedzone jest głębszą niż zwykle refleksją, w związku z czym niektóre branże przeżywają trudne chwile.

Za ten stan rzeczy odpowiada między innymi inflacja, wzrost podatków pośrednich (VAT, akcyza) oraz kurs złotówki (co odbija się w szczególności na cenach importowanych towarów). Chociaż wskaźnik inflacji wg GUS wyniósł w październiku b.r. 4,3% (w stosunku tego samego okresu roku poprzedzającego) to nietrudno zauważyć, że wzrost cen żywności i napojów bezalkoholowych, paliw czy odzieży, a więc tych grup dóbr, na które statystyczny Polak wydaje znaczną część osiąganych dochodów jest dużo większy niż publikowana „średnia”. W czasach „kryzysu” w sposób naturalny wzrasta też ilość osób fizycznych i podmiotów gospodarczych, które mają problemy z terminową obsługą należności. Wzrasta też odsetek dłużników, którzy za swoje niepowodzenia obwiniają właśnie ów wyimaginowany na dzień dzisiejszy kryzys.

Czym jest prawdziwy kryzys i dlaczego jeszcze go u nas nie ma?

Kryzys z prawdziwego zdarzenia to - najogólniej rzecz ujmując - załamanie gospodarcze. Składa się na nie wiele zjawisk, spośród których warto wymienić min. galopującą inflację, liczne bankructwa (także instytucji finansowych), znaczne obniżenie wzrostu gospodarczego, spadek dochodów budżetowych, długotrwałą bessę giełdową itp. W wymiarze społecznym kryzys oznacza drastyczne pogorszenie standardu życia. Żadne z tych zjawisk w Polsce obecnie nie występuje z nasileniem, który uzasadniałby twierdzenie, że mamy już kryzys.

Czym więc różni się wirtualny polski kryzys od greckiego? Chyba mniej więcej tym, czym różni się Grek od Polaka. Grek zarabiający tysiąc euro czuje się niekomfortowo, natomiast Polak zarabiający równowartość tysiąca euro jest w zgoła odmiennym nastroju. Polak jest w stanie przeżyć za każdą kwotę, za którą nie jest w stanie przeżyć Grek. Dlatego polski kryzys - aby można było mówić o kryzysie - musi być prawdziwie polski, bo jego grecka odmiana nie zrobi na Polaku większego wrażenia. Polska jest jednym z pięciu najbiedniejszych krajów Unii Europejskiej, co w sposób oczywisty przekłada się na sposób postrzegania negatywnych zjawisk ekonomicznych. Można by rzec, że Polacy na tle innych społeczności UE stale żyją w kryzysie i niedostatku. Przeciętnego Niemca czy Francuza polski standard życia wpędziłby w głęboką depresję, natomiast dla Polaka jest codziennością.

Kiedy więc dla Polaków zacznie się kryzys? Na to pytanie nieco trudniej odpowiedzieć. Być może wtedy, gdy 70% pracujących obywateli (bo taka jest grupa zarabiających poniżej średniej krajowej) po opłaceniu rachunków nie będzie miała w portfelu gotówki pozwalającej na zaspokojenie potrzeb własnych oraz swojej rodziny, gdy bezrobocie wzrośnie powyżej 15% a przedsiębiorcy zaczną masowo likwidować swoje biznesy.

Czy branża windykacyjna zyska na prawdziwym kryzysie?

Często można się spotkać z tezą, że dla branży windykacyjnej tym lepiej, im gorzej się dzieje w gospodarce i finansach państwa i obywateli, że czas koniunktury jej nie sprzyja. Tezę taką można zaakceptować bez zastrzeżeń jedynie pod warunkiem, że obecną sytuację gospodarczą uznamy za kryzys, którym w istocie nie jest. Gdyby jednak przyjąć, że prawdziwy kryzys dopiero przyjdzie, prawdopodobnie jedynym pozytywnym dla branży wskaźnikiem będzie gwałtowny wzrost ilości i wartości zleceń przyjętych do obsługi, być może także wzrost wartości prowizji (dla wierzytelności zleconych) i spadek ceny (dla wierzytelności nabywanych).

Wątpliwe jest jednak to, że sytuacja taka poprawi kondycję firm windykacyjnych. Można raczej w ciemno obstawiać, że będzie dokładnie na odwrót. Ilość zleceń nie przełoży się na ich jakość, będzie natomiast wiązała się z koniecznością poniesienia większych kosztów związanych z ich obsługą a wyższe prowizje lub niższe koszty zakupu tego nie zniwelują. Bo na kryzysie nikt w dłuższej perspektywie nie zarabia i branża windykacyjna nie jest tutaj wyjątkiem. Tak jak w innych branżach, także wśród przedsiębiorstw windykacyjnych dekoniunktura może wymusić ostre cięcia płac, zatrudnienia i kosztów itp. Z rynku może zniknąć wielu graczy, szczególnie tych mniejszych i średnich, choć nie można wykluczyć, że turbulencje nie ominą także liderów rynku. Ci, którzy nie będą wystarczająco przygotowani na trudne czasy, mogą nie doczekać nowego gospodarczego odbicia.

12/15/2011 | Autor: Przemysław Jamróz | Źródło: porta www.windykacja.pl